piątek, 14 października 2011
Szkółka która nie sięgnie dna

Mówią, że Barcelona to coś więcej niż klub. Faktycznie, doświadczony ostatnimi dwoma czy trzema latami, mogę śmiało stwierdzić, iż jest to już raczej styl bycia. Teoretycznie, w celu określenia pewnej części kibiców Blaugrany, nie można nawet użyć, tak lubianego przeze mnie, określenia sezonowcy. Ta domniemana miłość do klubu trwa już bowiem kilka lat, chociaż spora część fanów nie mogłaby z czystym sumieniem zaprzeczyć, że rozpoczęła się właśnie wtedy, kiedy Barca zaczęła odnosić głośne triumfy XXI wieku.


La Masia, czyli maszynka do płodzenia fenomenów.

Podstawą świetności Blaugrany w ostatnich latach była perfekcyjnie działająca szkółka piłkarska. Niegdyś tak doskonale rozwinięty system nauki młodych adeptów miał Ajax, ale większość jego wychowanków albo już zakończyła karierę, albo dobija do 40-stki. Barcelona ma z kolei to do siebie, iż na masową skalę, w różnych pokoleniach, dostarcza światu prawdziwych perełek. Jeżeli w jednym meczu na boisku pojawiają się: Victor Valdes, Charles Puyol, Gerard Pique, Xavi Herandez, Andres Iniesta, Cesc Fabregas, Thiago Alcantara, Sergio Busquets, Pedro Rodriguez i Leo Messi, to nie mamy absolutnego wyboru – przyznać musimy, że La Masia funkcjonuje niesamowicie efektywnie. Na uwagę zasługuje jeszcze jeden, wydaje się, kluczowy fakt. Oprócz Fabregasa, żaden z nich nigdy nie deklarował chęci odejścia z Barcelony, identyfikował się z nią całym sercem, był przesiąknięty miłością, miał bordowo-granatową duszę. Cesc odszedł z kolei do Arsenalu, ale gdy pojawiły się propozycje i od Blaugrany, i od Królewskich, były już kapitan The Gunners, wybrał swój dom. Miałem obawy co do tego czy się sprawdzi, ale już pierwsze mecze, ba, pierwsze minuty, udowodniły mi, że nie miały one podstaw. Po paru latach rozłąki z macierzystym klubem, Cesc, wydawać by się mogło, nie zapomniał niczego z lat poprzednich. Błyskawicznie dopasował się do stylu gry i wraz z Leo Messim utworzył niesamowicie groźny w ofensywie duet. Widać, Barcelonę miał w genach.

Dwóch synów marnotrawnych?

Czy może dowód na to, że nie każdy kto w młodości grał w Barcelonie jest nią przesiąknięty? Pep Guardiola ostatnimi czasy sporo czasu poświęca wzmocnieniu swojej defensywy. Chociaż coraz głośniej mówi się o tym, że nie zgodzi się na przedłużenie kontraktu z Blaugraną, widocznie chce zostawić po sobie coś jeszcze, oprócz rekordowej ilości trofeów. Sytuacja, w której na środku obrony grać musi czy to Mascherano, czy też Eric Abidal, jest chyba w oczach szkoleniowca nie do przyjęcia. Z tego powodu rozpoczęło się dynamiczne penetrowanie rynku transferowego, w celu znalezienia rozwiązań na lata. Na kogo padły reflektory? Tym mniej obeznanym, nazwiska Jordi Alby i Victora Ruiza nie będą mówić zbyt wiele. Niemniej, właśnie ta dwójka stanowi o sile defensywy trzeciej ostatnimi czasy drużyny Liga BBVA, Valencii CF. W zainteresowaniu doprawdy nie widać nic dziwnego. Po pierwsze dlatego, że ostatni mecz Valencii z Barceloną to popisowa gra obu, a w przypadku Alby wręcz kapitalna. Taktyka trenera Los Ches, Unaia Emery’ego, nakazywała mu tego dnia współpracę na lewej stronie z innym obrońcą, Mathieu, co sprawiło, że pod bramką Victora Valdesa stale istniało zagrożenie. Z kolei Leo Messi i Dani Alves nie mogli znaleźć metody, ażeby oszukać lewych defensorów Valencii. Po drugie, zarówno Jordi Alba, jak i Victor Ruiz, to „wychowankowie” Barcelony. Ten pierwszy spędził tam 9 lat (od 1996 do 2005 roku), ten drugi – 4 lata (1998-2002). Co ciekawe, żaden z nich nie deklaruje jakiegokolwiek przywiązania do barw Blaugrany, wskazując, że gry w piłkę nauczyli się naprawdę kolejno w Valencii i Espanyolu… Barcelona. Victor Ruiz wręcz śmiało i odważnie stwierdza, iż nie ma w nim żadnego genu Barcy, jego DNA jest nieskażone i absolutnie nie ma w planach odchodzić do prawdopodobnie najlepszej obecnie drużyny na świecie. W podobnym tonie wypowiada się Alba, który staje się z dnia na dzień jednym z ulubieńców kibiców Los Ches. Niedawno został przecież jedynym, aktualnie grającym na Estadio Mestalla, piłkarzem, który reprezentuje Hiszpanię.

Nie tak ich wychowali?

Na to pytanie dzisiaj odpowiedzieć nie sposób. Ton wypowiedzi Victora Ruiza wyraźnie wskazuje, że wcale nie spieszy mu się na Camp Nou, szczególnie po rozegraniu zaledwie kilku spotkań w barwach Valencii. Podobno tak Realowi, jak i Barcelonie się nie odmawia. Jeśli ostatecznie okaże się, iż dwójka defensorów nie będzie chciała zamienić przepięknej Walencji na jakiekolwiek inne miasto, a już na pewno nie takie, w którym gra jeden z większych rywali, to będzie to prawdziwy pstryczek w nos dla władz Blaugrany. Nie wiem czy taki dzień nastąpi, ale jeżeli przyjmiemy ewentualność, że tak, prezes Sandro Rosell wraz z trenerami La Masii będą mogli chórem wykrzyczeć, iż nie tak ich wychowywali.

11:07, damianmakarewicz , BBVA Liga
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 sierpnia 2011
Kolumbijski towar wart 47 mln € w Madrycie.

"Najlepszy, prosto z Kolumbii". Dla wielu takie stwierdzenie kojarzyć się to będzie niezupełnie z tym, o czym de facto będzie ten wpis. Tak czy inaczej, transport na Concha Espina 1 w Madrycie został przejęty i dostarczony na Paseo Virgen del Puerto 67, prosto do rąk producenta filmowego, Enrique Cerezo. I bynajmniej nie chodzi tutaj o środki odurzające, ale o jednego z najbardziej pożądanych napastników obecnego okienka transferowego. Ci, którzy żywili nadzieję na ściągnięcie go do własnej drużyny, mogą obejść się smakiem. El Tigre oficjalnie zawodnikiem Atlético Madryt.

Przebył drogę z Santa Maria, poprzez kolumbijską stolicę, Bogotę, zdobywał doświadczenie w argentyńskim River Plate, w FC Porto łatał dziurę po Lisandro Lopezie, który odszedł do Olympique Lyon. Dziś jest już piłkarzem Los Rojiblancos. Parafrazując już dość kultowy tekst, zapytam: "Radamelu Falcao, why?". I wolałbym nie usłyszeć "for money".

Jestem w stanie zrozumieć dlaczego FC Porto wypuściło ze swoich rąk taki brylant. Polityka prezesa Jorge Pinto da Costy od lat jest niezmienna - tanio kupić, drogo sprzedać. Zwycięzca Ligi Mistrzów z sezonów 1986/1987 i 2003/2004 notorycznie udowadnia, przynajmniej mi, że jest świecącym przykładem jak, z kim i na temat kogo, prowadzić transferowe negocjacje, ażeby i wyjść finansowo na plus, i nie stracić na jakości. Pepe czy Lisandro López i ich następcy dobitnie potwierdzają moją tezę. Zatem jeśli ktoś oferuje za Radamela Falcao, piłkarza o którym jeszcze 2-3 lata temu niewielu słyszało, aż 40mln € + 7 mln € zmiennych, to aż, aż, aż... aż głupio byłoby się nie zgodzić.

Stawiając się jednak w roli samego piłkarza, mogę już śmiało powiedzieć, że nie rozumiem jego zachowania. Raz, że Atlético wydaje się mieć mniejsze szanse na regularną grę w Lidze Mistrzów niż FC Porto, a dwa, że miał ponoć ofertę na przyszły sezon z Realu Madryt. Wybór padł na ten chyba mniej prestiżowy klub ze stolicy, który sezon w sezon zapowiada, że powalczy o tytuł najlepszej drużyny w Hiszpanii, a ostatnio te buńczuczne zapowiedzi pryskają jak mydlana bańka w zderzeniu z rzeczywistością, gdzie Los Colcherones nie są w stanie przebić się do pierwszej trójki. Owszem, Atlético robi dość huczne transfery, sprowadzając Aguero, Forlana, Simao, Reyesa, Godina czy chociażby Ardę Turana, ale zespół ten zawsze, w którymś momencie łapie zadyszkę, na tyle zresztą groźną, że później nie jest w stanie już walczyć o najwyższe cele. Nie mam wątpliwości co do tego, że Falcao, jako następca Kuna Aguero, który odszedł do Manchesteru City, grając w biało-czerwonych pasach, zarabiać będzie godziwie. Jeśli jednak któryś z tych południowoamerykańskich graczy, potocznie mówiąc, poleciał na kasę, to doprawdy bardziej skłonny jestem wskazać na Radamela Falcao. Aguero przynajmniej dołączył do drużyny, choć potrzebującej jeszcze czasu, ale jednak stopniowo pnącej się w górę. A El Tigre? Cóż, to może być wciąż stare dobre Atlético, a mam nadzieję, że nie do takiego aspiruje Radamel. Jeśli zawodnik, który strzela w FC Porto 73 gole w 88 spotkaniach, zdobywa 17 bramek w 14 meczach Ligi Europejskiej i ma ofertę z lepszego, bardziej utytułowanego klubu z Madrytu, wybiera Atlético, to osobiście już nie wiem czy to brak ambicji, pogoń za pieniądzem czy, o zgrozo, strach przed potencjalną walką o miejsce w pierwszym składzie Realu z Karimem Benzemą. No bo przecież nie z ociężałym Gonzalo Higuainem.

Nie mnie jednak decydować czy, w którą stronę ma iść. Zwyczajnie, po ludzku, pozostaje mi mieć nadzieję, że to był krok w tył postawiony tylko po to, aby następnie zrobić dwa w przód. Akcja przejęcia pod kryptonimem "Kolumbijski towar" zakończona.

13:25, damianmakarewicz , BBVA Liga
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 kwietnia 2011
Gdy rzeźnik spotyka się z rzemieślnikiem...

Przebieg całego wczorajszego Gran Derbi, choć nieskończenie emocjonującego, najlepiej chyba potwierdził sens tytułu tego wpisu. Barcelona, jak to już zdążyła przezwyczaić, nie tyle samych Katalończyków, nawet nie Hiszpanów czy Europejczyków, ale chyba znaczną część Ziemian w ogóle, zdominowała spotkanie w sposób absolutny. I to na obiekcie odwiecznego rywala, na Bernabeu, które wczoraj stanęło jednak na wysokości zadania, jeśli idzie o formę dopingu. Od pierwszej minuty, aż po ostatni gwizdek Muñiza Fernándeza, kibice Królewskich testowali psychikę zawodników Blaugrany ciągłymi gwizdami. I udało im się - 12 zawodnik okazał się nie być jedynie przysłowiowym, lecz w REALny sposób a: natchnął Los Merengues, b: zdeprymował ekipę Guardioli. 1:1 to wynik, według mojej opinii, jak najbardziej zasłużony, chociaż...

... wielu z Was zarzuci mi, że tak nie jest. Nie uda mi się odeprzeć faktów - Barcelona królowała w środku boiska, posiadaniem piłki wręcz niszcząc drużynę z Madrytu. Real, tutaj się zgodzić również muszę, nie grał równie pięknie, równie porywająco, a drogi do bramki szukał jak najprostszymi metodami. Ciężko jednak nie dostrzec ogromu pracy taktycznej, jaką wykonał Mourinho. Pique wręcz co kilka minut prowokowany był do szarż pod bramkę rywala, a zawodnicy Realu nie mieli nic przeciwko widząc obrońcę Barcy, prowadzącego piłkę wolnym korytarzem. Długie podania za plecy rywali stanowiły podstawę pomysłu na grę ekipy The Special One, na przełamanie passy, co w końcu udało się osiągnąć - po pięknym meczu i dwóch golach z rzutów karnych.

O ile faul Raula Albiola na Villi nie budzi wątpliwości, a gol Messiego z jedynastu metrów jest w pełni uzasadniony, o tyle kibice Barcelony, a i nie tylko oni, bo i sam Dani Alves, upierają się, iż rzutu karnego dla Realu w 81 minucie być nie powinno. Powtórki jednak ukazują, przynajmniej moim subiektywnym zdaniem, iż, wywalczona przez Marcelo, szansa, nie była jedynie zwyczajnym darem od arbitra. Lewe udo Alvesa wylądowało w okolicach prawej kostki lewego defensora Realu, co ten skrzętnie wykorzystał. Ronaldo. Valdes. Piłka. Siatka. 1:1.

Tym, co jednak najbardziej mnie we wczorajszym spotkaniu zszokowało, jest postawa dwóch konkretnych piłkarzy - Pepe i Messiego. Ten pierwszy, kojarzony bywa głównie poprzez swoją ogromną boiskową agresję. Ten drugi - buduje piękno futbolu, jest prawdziwym artystą boisk, ośmieszjącym innych, wykazując przy tym, że gdy Bóg rozdawał talent, on stał na czele kolejki. Przypominając sobie mecz Realu z Getafę, w którym Pepe postanowił całą frustrację wyładować na Casquero (wideo na końcu wpisu), jak również zwykle bardzo kulturalne i uczciwe zachowania Leo, nie mogę wyjść z podziwu, iż wczoraj role się zupełnie odwróciły. Pepe okazał się wspaniałym profesjonalistą, zaangażowanym całym sobą w każdej sekundzie. Masa odbiorów, świetna gra ciałem, znakomity zmysł taktyczny i udźwignięcie ciężaru olbrzymiej odpowiedzialności sprawiły, że, myślę, iż nie tylko w moich oczach, był podczas Gran Derbi zdecydowanie najlepszy na boisku. A Messi? Owszem, strzelił gola, parę razy ruszył do przodu, ale powiedzenie, że pokazał coś nadzwyczajnego, byłoby chyba na wyrost. To, w jaki sposób wyładował swoje niezadowolenie stanowi jednak apogeum bezmyślności, braku wyczucia, żeby nie napisać, iż zwyczajnego boiskowego chamstwa:


Ciężko tutaj nawet o wystarczająco trafny komentarz, bo chyba musiałbym, tak jak nie kto inny jak Pepe, odesłać najlepszego obecnie piłkarza na świecie do własnego rozumu i sumienia. Kopanie z wyraźną premedytacją i siłą nie byle jaką w kibiców drużyny przeciwnej nie przystoi takiej gwieździe. 

A tutaj jeszcze nokautujący Pepe i Casquero w parterze:


17:13, damianmakarewicz , BBVA Liga
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 stycznia 2011
Strach na wróble - potencjalny czy z potencjałem?

Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Weto. Może nie same w sobie, może nie jako walizka wypchana po brzegi banknotami, ale jako środek ku spełnianiu marzeń, potrzeb i ambicji - na pewno. Nie tak dawno znakomita większość z przymrużeniem oka spoglądała na politykę transferową Manchesteru City, a tymczasem The Citizens okupują drugą lokatę w tabeli Premier League. Widać ogromne sumy wydawane przez szejków mogą być kluczem do rozwiązania problemów. Być może, za kilka lat, analogiczna sytuacja zaskoczy całą hiszpańską piłkę. Być może jednak nie. Znów błękitno-białe stroje, znów właściciel z kraju ropą płynącym, tym razem jednak - Malaga CF.

To, co obecnie możemy zaobserwować w mieście z Andaluzji, to dopiero zalążek. Pewności jednak nie mam czy z tego zalążka cokolwiek wyrośnie. W czerwcu 2010 roku klub wykupiony został przez katarskiego bogacza - Abdullaha ben Nasser Al Thaniego. Wiadomo, początki zawsze bywają trudne, toteż z Malagi nagle, w mgnieniu oka gigant nie wyrośnie. Tym bardziej, że aktualnie Los Boquerones lokują się na pozycji numer 16. W pierwszej lidze, to przecież taki chłopiec do bicia, wieczny dostawca trzech punktów dla drużyn mocniejszych, zespół skazany na porażkę. Ale...

Stadion La Rosaleda może być miejscem wielkiego przebudzenia z letargu. Armia tych, którzy są w stanie cokolwiek zwojować wyraźnie urosła. Do znanych i cenionych w Hiszpanii: Jesúsa Gámeza, Apoño, Eliseu i Dudy, dołączyli: Julio Baptista, Enzo Maresca, Martin Demichelis i Sergio Asenjo. Jeżeli dodamy do nich Manuela Pellegriniego jako szkoleniowca - zyskujemy całkiem przyzwoitą paczkę, która, póki co, powinna szukać swojego miejsca gdzieś w środku tabeli.

Zastanawiam się tylko, co skłoniło wyżej wymienionych do zasilenia szeregów Malagi. Jak zawsze, upierał się będę, że pieniądze nie były jedynym czynnikiem, może ważnym, ale nie decydującym. Júlio Baptista od 2008 roku pomieszkiwał w Rzymie, grając dla tamtejszej Romy. Stolicy Włoch jednak nie zwojował i w tym przypadku możemy chyba mówić o desperackiej próbie odnalezienia formy. To powód pierwszy. Drugi? Pewnie tęsknota z Półwyspem Iberyjskim. Wszak lat temu 6 nieźle poczynał sobie w Sevilli. Na tyle dobrze, że trafił do Realu... Enzo Maresca to kolejna postać, którą kojarzę głównie z Sevillą. Po odejściu z tego klubu trafił do Olympiacosu, ale Grecja ewidentnie Włochowi nie służyła. Statystyki nie powalają. Argument za przejściem do Malagi wydaje się być podobny - tworzy się nowa drużyna, zarobki niskie nie będą, Enzo młody nie jest, ale pograć jeszcze może. Trzeci w kolejce - Sergio Asenjo. Tutaj wiele tłumaczyć nie trzeba. Bramkarz wypożyczony z Atletico Madryt, klubu, w którym miał zatrzymać się na długo. Był nadzieją na spokój między słupkami, ale młodego, obdarzonego ogromnym potencjałem Asenjo, wygryzł jeszcze młodszy i obdarzony jeszcze większym potencjałem David de Gea. Chociaż póki co to dopiero wypożyczenie, to Sergio już musi myśleć o zmianie klubu na stałe, jeżeli pragnie występować regularnie. Ostatecznie - Martin Demichelis. Argentyńczyk z Bayernu Monachium. Podobnie jak w przypadku bramkarza Rojiblancos nie mamy tutaj do czynienia z definitywnym transferem. Defensor ma już swoje lata, ale mimo tego dostał poważne oferty, chociażby z Valencii. Nie skorzystał, więc w jego miejsce na Mestalla zawita Adil Rami.

Kwestia Valencii, akurat dzisiaj nie jest bez znaczenia. Właściciel Malagi jeszcze parę dni temu nalegał na transfer lewego obrońcy/pomocnika Nietoperzy, Jordiego Alby. Ostatnio jednak zmienił zdanie i poprosił jedynie o wypożyczenie z opcją pierwokupu po sezonie. Los Ches są jednak nieugięci i nie mają zamiaru wypuszczać bardzo perspektywicznego zawodnika, jednego z nielicznych obrońców w Liga BBVA, którzy potrafią dośrodkować w pole karne.

Już w sobotę, o 22:00 ekipa Emery'ego przetestuje zespół Pellegriniego. W pierwszym meczu na La Rosaleda Malaga uległa gościom 1:3. Od tego czasu jednak nieco się zmieniło. Pozostaje pytanie na czyją korzyść.

21:55, damianmakarewicz , BBVA Liga
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 stycznia 2011
Messi z balonem złotolem potraktowanym

Ochłonąłem. Jeszcze wczoraj mój profil na facebooku stał się istnym polem bitwy na słowa, argumenty, opinie, nie czyny bynajmniej. Jeszcze wczoraj pisałem o piłkarskiej pornografii zaserwowanej prosto z Zurychu, grzmiąc, delikatnie mówiąc, na niesprawiedliwy werdykt. Jeszcze wczoraj pisałem o kpinie i profanacji. Nie żałuję. Nie żałuję dziś, nie żałowałem wczoraj i żałować nigdy tych zdań nie będę, bo w moich oczach najważniejsza futbolowa gala roku, jej idea wręczenia nagrody prawdziwie najlepszemu, jej prestiż - wszystko zostało zmieszane z błotem i pogwałcone. Dziś - nieco łagodniej, aczkolwiek podpierając się tymi samymi, ugruntowanymi racjami. Dziś - o tym, czego wczoraj, nieszczęśliwie, moje oczy były świadkiem. Dziś - o tym, że to jedynie Messi z balonem złotolem potraktowanym. Ballon d'Or w rękach najlepszego piłkarza 2010 roku okazał się nieśmiesznym i niesmacznym styczniowym żartem.

Zacznijmy więc od początku, cofnijmy się do sedna, korzeni czy źródła, jak kto woli. 6 grudnia dowiedziałem się o nominacjach. Czytam - Xavi. Jest dobrze, w końcu ktoś raczył docenić człowieka, którego mózg na boisku pracuje 100 razy intensywniej przez 90 minut, niż większości polskich urzędników podczas całego tygodnia roboczego. Czytam dalej - Iniesta. Kolejne piłkarski fenomen o twarzy niewinnego dziecka. Ale jak strzelił w finale Mistrzostw Świata z Holandią, to zabił. Chłopak, który oczarował cały glob, nie tylko na Mundialu, ale również podczas sezonu ligowego. Potworny talent, niesamowita praca, wielki progres i uwieńczenie wspaniałego roku zdobyciem najważniejszej bramki na turnieju w RPA. Zatem nominacja zasłużona. Nie czytam dalej. Zgaduję. 2 miejsca zarezerwowane, a mnie brakuje Forlana to raz, a dwa, a może przede wszystkim - Wesleya Sneijdera. Zatem który z nich? Tutaj następuje apogeum mojej konsternacji. Messi. Że kto? Messi.

Doprawdy chciałbym pojąć co zadecydowało o tym, że Lionel znalazł się w pierwszej trójce. Rozumiem, to piłkarski geniusz, ale nie jedyny. Rozumiem, ma przyspieszenie, zwrotność, fantastyczny balans ciała, umiejętność fenomenalnej kontroli piłki, dokładny strzał. Ale to nie wszystko. Rozumiem, jest graczem Barcelony, promowanej przez media jako coś ponadludzkiego, a samego Messiego dla kibiców Blaugrany jako boga . Ale ja tego nie kupuję. Liga BBVA nie jest mi obca i nie jestem wyalienowany ze społeczeństwa na tyle, aby nie dostrzegać jak grają w Katalonii. Tak - to cieszy, powoduje uśmiech i zachwyt. Ale powoduje go cała Barca, a nie jeden Messi. Powielę to, co wczoraj pisałem na w/w portalu społecznościowym - Leo bez Xaviego i Iniesty, to nie ten sam Leo. Kiedy cała gra jest ustawiona pod to, abyś został bohaterem, a po swojej stronie masz 10 innych fenomenów, którzy robią wszystko, aby stało się to faktem, zostaniesz nim. I tak właśnie postrzegam nominację Messiego - jako wybicie się ponad przeciętność przez umiejętności kolegów. W Argentynie jest innym zawodnikiem - pisałem. Bo gra na innej pozycji - odpowiadali. Owszem, ale skoro ktoś ma status megagwiazdy, co jak Syriusz czy Delta Centauri, blaskiem swym wręcz oślepia, musi udźwignąć ciężar bycia dowódcą i najważniejszym elementem układanki pod nazwą 'reprezentacja'. A Messi nie jest. Możemy rzewnie wspominać jego akcje w bordowo-granatowym trykocie Dumy Katalonii, ale to nie zmienia faktu, że dla Albicelestes to w tym roku więcej zrobił 37-letni Martin Palermo, co to zapewnił Argentynie udział na Mundialu. Jakże mam więc ocenić rok 2010, jeżeli nie przez perspektywę Mistrzostw Świata w RPA, na których Messi nie zrobił absolutnie nic, co wyróżniałoby go spośród ogółu. Moglibyśmy zatem uderzyć jeszcze ambitnie w temat Ligi Mistrzów. Moglibyśmy, ale to tylko umocni moją tezę, bo nawet mimo 6 goli w tych rozgrywkach, nie był w stanie popchnąć drużyny do przodu w batalii o finał. Okazał się zbyt słaby, aby sforsować defensywę Interu. Skoro więc ten geniusz światowego futbolu, najlepszy piłkarz w opinii milionów nie był w stanie zaprowadzić swoich drużyn tam, gdzie im wróżono (w obu przypadkach do finału, zwycięskiego finału), to widocznie nie zasłużył na nominację. Xavi i Iniesta zdobyli złote medale na Mundialu, więc to inna bajka. Widać są zawodnicy Barcelony, którzy potrafią zmienić styl i godnie zaprezentować się nie tylko w trykocie Dumy Katalonii. Kto więc powinien być tym trzecim? Odpuszczę Diego Forlana, bo po głębszej analizie faktycznie można mu zarzucić, że miał "jedynie" genialny turniej w Afryce, zostając jego najlepszym zawodnikiem. No i oczywiście jego dwie bramki dały tryumf w Lidze Europejskiej Atletico. Odpuszczę, bo nasuwa mi się idealny kandydat do odebrania tej, do wczoraj bynajmniej, niesamowicie prestiżowej nagrody.

Kiedy, jeśli nie w tym roku? Gdzie, jeśli nie we Włoszech, RPA i nie na boiskach całej Europy? Kto, jeśli nie Wesley Sneijder? To był sezon Holendra, ja nie mam najmniejszych wątpliwości. Dla poparcia swoich racji pozwolę sobie jedynie krótko wypunktować:
-Mistrzostwo Włoch 2009/2010
-Coppa Italia 2009/2010
-Superpuchar Włoch 2009/2010
-Liga Mistrzów 2009/2010
-Klubowe Mistrzostwo Świata 2010
-II miejsce na Mistrzostwach Świata w RPA 2010
-Srebrna Piłka na Mistrzostwach Świata w RPA 2010
-Brązowy But na Mistrzostwach Świata w RPA 2010
-zawodnik drużyny gwiazd Mundialu 2010
-Najlepszy Pomocnik 2010
-Jedenastka Roku wg. FIFAPro

Doprawdy, mam nieodparte wrażenie, że nawet uniesienie złotego pucharu za zwycięstwo w afrykańskim turnieju i dołożenie do sukcesów Superpucharu Europy, mogłyby nic nie dać. Jeżeli zawodnik z takimi osiągnięciami nie zostaje nominowany, to zasadnym jest napisanie klasycznego 'nie wiem czy się śmiać, czy płakać'. 

Abstrahując już od tego, że, nie tylko mojego, faworyta (Sneijder najlepszym piłkarzem roku 2010 wg. dziennikarzy sportowych) zabrakło wśród trójki największych, przekazanie nagrody w ręce Leo Messiego w dniu wczorajszym woła o pomstę do nieba. I Xavi, i Iniesta zasługiwali na nią po stokroć bardziej.

-Nie spodziewałem się wygranej w tym roku - rzekł Leo Messi na wczorajszej gali. Zgadzam się, nie mógł się przecież spodziewać, no bo za co?

-Myślę, że Xavi, Sneijder czy Milito bardziej zasłużyli na nagrodę od Messiego - powiedział Jose Mourinho, wybrany najlepszym trenerem roku na tej samej gali. Skoro już Mou dostrzega to, co ja, to musicie mi wybaczyć moją zaborczość w dążeniu do sprawiedliwej i rzetelnej oceny, a nie kierowania się zgubnymi emocjami. A prestiż tej nagrody? Wróci, kiedy faktycznie znowu wygra najlepszy. Do następnego roku, to dla mnie tylko Messi z balonem złotolem potraktowanym.


15:20, damianmakarewicz , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 05 stycznia 2011
10≠2010

Podobno nic nie jest w stanie stanąć prawdziwemu sportowcowi na drodze ku zwycięstwu. W tym wypadku jednak więcej absolutnie zrobić się nie dało. Gdy ten pierwszy, w 2001 roku przechodził z Parmy do Juventusu za 52mln dolarów, ten drugi dopiero poznawał prawdziwy bramkarski warsztat w Realu Madryt. I chyba właśnie różnica 3 lat, które ich dzielą, a co za tym idzie, 3 lat na pokazanie się z jak najlepszej strony, zadecydowały. Dekada należała do tego pierwszego - Buffon przeskoczył Casillasa o 5 punktów.

Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu, IFFHS, dziś nie okazała serca hiszpańskiemu crackowi. Jeszcze wczoraj ogłosiła go, zresztą po raz trzeci z rzędu, najlepszym bramkarzem roku, tym razem 2010. To wątpliwości i kontrowersji wzbudzić nie mogło. Obecnie bowiem, dyskusja zmierzająca do odebrania mu zaszczytu najlepszego bramkarza świata, byłaby bezzasadna, zakrawając wręcz na walkę z wiatrakami. Królowi nie można odebrać już tego co królewskie, ale widać - nie każda korona trafić musi na jego skronie. Bój o tą dziesięcioletnią bynajmniej przegrał.

Gianluigi Buffon, nim gwiazda Casillasa rozbłysnęła pełnym blaskiem, był niepodważalnym numerem jeden na tej pozycji w skali całego globu. Potężne pieniądze przelane przez Juve na konto Parmy w 2001 roku, nie okazały się wyrzuconymi w błoto. Gigi niejednokrotnie udowadniał, iż to jego rękawice winny ociekać złotem, a IFFHS pięciokrotnie wręczała mu statuetką, za każdym razem zasłużenie. Włoch nie miał sobie równych, a napastnicy drżeli na samą wizję stanięcia z nim oko w oko. Nastał jednak rok 2008. Rok, w którym Buffon został zdetronizowany.

Porównując osiągnięcia obydwu golkiperów w minionej dekadzie, niesamowicie ciężko jest uwierzyć, ile jest w stanie osiągnąć jeden człowiek przez 10 lat. Zwycięski Buffon aż sześć razy zostawał najlepszym bramkarzem włoskiej Serie A, dwukrotnie zdobył Mistrzostwo Włoch, został również Mistrzem Świata wraz z reprezentacją Squadra Azzurra w 2006 roku. Zgarnął również, podobnie jak jego kontrkandydat liczne mniej prestiżowe nagrody indywidualne, choć tej dla najlepszego bramkarza w historii futbolu tak nazwać nie możemy. Casillas robił co mógł, na pewno nie po to, aby ostatecznie odebrać nagrodę dla najlepszego stróża bramki dekady, chociaż osobiście mam pewne wątpliwości co do tego, czy faktycznie zostać nim nie powinien. Urodzony w Móstoles portero czterokrotnie wznosił puchar Mistrza Hiszpanii, dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów. Wraz z reprezentacją La Furia Roja najpierw, w 2008 roku, wywalczył Mistrzostwo Europy, aby dwa lata później, w RPA, sięgnąć już po Mistrzostwo Świata. Rok za rok, trofeum za trofeum, interwencja za interwencję.

O ile przyznanie tytułu bramkarza roku 2010 Casillasowi nie zaskakuje mnie w najmniejszym stopniu, o tyle już przy wyborze najlepszego minionych 10 lat musiałbym dłużej się zastanowić. Jeżeli sportowca ocenia się nie po tym jak zaczyna, lecz jak kończy, zwyciężyć powinien Hiszpan. Z drugiej strony, Buffon ma już swoje lata, a kontuzje życia mu wcale nie umilają. Właściwie ze świeczką szukać go trzeba w tym sezonie na włoskich boiskach. Mój ewentualny głos zmniejszyłby raczej ostateczną przewagą Gigiego. A gdybyście Wy należeli do IFFHS? Co byście zrobili?

DZIESIĘCIU NAJLEPSZYCH BRAMKARZY MINIONEJ DEKADY WEDŁUG IFFHS:
1. Gianluigi Buffon (Włochy) 182 punkty
2. Iker Casillas (Hiszpania) 177 punkty
3. Petr Cech (Czechy) 138 punkty
4. Edwin van der Sar (Holandia) 105 punkty
5. Oliver Kahn (Niemcy) 99 punkty
6. Nélson de Jesus e Silva "Dida" (Brazylia) 90 punkty
7. Jens Lehmann (Niemcy) 72 punkty
8. Roberto Carlos Abbondanzieri (Argentyna) 68 punkty
9. Víctor Valdés (Hiszpania) 64 punkty
10. Júlio César Soares (Brazylia) 63 punkty

13:36, damianmakarewicz , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 grudnia 2010
Skok pokolenia

Bywa w świecie futbolowych wzlotów i upadków, że cierpienie jednego, to szansa drugiego. Może i to trochę jakby żerować na cudzym nieszczęściu, ale przecież kolejnych okazji do pokazania swoich umiejętności może już nie być, a ta jedna jedyna władna jest decydować o przebiegu dalszej kariery. Wydaje się, że obecnie przed swoją "życiówką" stanął 23-letni Vicente Guaita z Valencii. Drobnymi kroczkami, w sposób zaskakujący dla wielu, odnalazł siebie między słupkami jako bramkarz wyjściowej jedenastki. Tego miejsca, jak mniemam, może już nie oddać nikomu przez długi, długi czas.

Kiedy w 2008 roku karierę zakończył Santiago Santiago Cañizares, nikt nie wątpił w to, jak trudno będzie go zastąpić. Jeszcze sezon przed decyzją El Dragona o przejściu na zasłużoną emeryturę, Los Ches zwerbowali w swe szeregi, jak wtedy myślano, zastępcę idealnego. Timo Hildebrand, sprowadzony ze Stuttgartu nie był w stanie jednak sprostać określonemu zadaniu, a weteran hiszpańskich boisk, nawet w wieku 39 lat górował nad Niemcem. 

Odejście Cañizares wymogło na działaczach klubu z Mestalla poszukiwanie alternatywy dla portero rodem z Wormacji. Za transferową destynację obrano więc bardzo obiecującego goalkeepera z Brazylii - Renana Brito Soaresa. Wtedy jeszcze zawodnik Internacionalu Porto Alegre mógł cieszyć się z powołania na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Wprawdzie nie był to turniej, którym zdobył serca kibiców Canarinhos, ale swoje zadanie wykonał. Pomimo bycia zmiennikiem Diego Alvesa, trener Dunga obdarował go możliwością występu w spotkaniu o trzecie miejsce z Belgią. Kanarki wygrały 3:0, a Renan 13 sierpnia związał się z Valencią. Tam wygrał rywalizację o miejsce w wyjściowej jedenastce z Timo Hildebrandem. Niemiec 4 grudnia rozwiązał umowę z Valencią, chyba zresztą niepotrzebnie. Domniemaną szansę na wielką karierę Renana przerwała bowiem, niedługo potem, kontuzja.

Valencia zmagała się z problemem załatania ogromnej dziury w defensywie, gdyż brakowała kogoś, kto mógłbym chociaż połowicznie sprostać zadaniu bycia portero pierwszej drużyny. Nieoczekiwanie, rolę tę powierzono zimą roku 2009 Césarowi Sánchezowi, w najlepszym wypadku - trzeciemu wtedy bramkarzowi Tottenhamu. Fakt - przybył człowiek z nazwiskiem, były bramkarz Realu Madryt, jedyny, który był w stanie pozbawić miejsca w składzie samego Ikera Casillasa, jednak już w klubie z Londynu César tułał się albo po ławkach rezerwowych, albo i poza nimi. Miał wtedy przecież 37 lat, a przed sobą wizję zastąpienia Renana na pół roku.

Renan jednak już do bramki na dobre nie powrócił. W letnim mercado włodarze klubu z Mestalla zadecydowali o wypożyczeniu go do Xerez i sprowadzeniu z Mallorci świetnie zapowiadającego się Miguela Angel Moyę. To on miał na długie lata pozostać numerem "1". César ponownie nie dał za wygrana - choć na początku trener Unai Emery stosował sytem rotacji na pozycji goalkeepera, ostatecznie, po paru głupich błędach, Moya utracił swoje szanse na rzecz starszego kolegi. Sezon 2009/2010 to istny popis Sáncheza. Oglądając mecze Valencii, można było mieć wrażenie, że im więcej czasu ma napastnik na wykończenie akcji, tym gorzej dla niego - César bronił to, co niemożliwym było do wyciągnięcia, cały czas przypominając, że wciąż jest w formie, a starość, jeżeli dostrzega, to tylko w lusterku. Sprawnością fizyczną onieśmielał wielu młodszych, a jego pewność siebie, boiskowe cwaniactwo i nutka arogancji, której bramkarz nie powinien być pozbawiony, uczyniły z niego bożyszcze kibiców Nietoperzy. Kiedy przed mundialem w RPA hiszpańscy eksperci zastanawiali się kto, oprócz Casillasa i Reiny powien pojechać na Mistrzostwa Świata wraz z reprezentacją La Furia Roja, rozważali kandydatury Victora Valdesa i Diego Lopeza z Villareal. Kibice Valencii domagali się wtedy powołania do kadry cesarza bramki z Mestalla. Cesarz był jednak podobno już zbyt leciwy.

Sezon 2010/2011 przyniósł zmiany i kolejne powody do zmartwień dla trenera Emery'ego. Kontuzję naprzemiennie łapali i César i Moya, a Bask między słupkami zmuszony był wystawiać 23-letniego Vicente Guaitę, wychowanka, który poprzedni sezon spędził w Recreativo Huelva, zgarniając przy tym nagrodę Zamory dla najlepszego bramkarza Segunda Division. Na chwilę obecną, w tym sezonie, zaliczył  8 spotkań z Nietoperzem na piersi, na boisku spędził 602 minuty, stając oko w oko piłkarzami Sevilli, Realu czy Manchesteru, niejednokrotnie zresztą ich ośmieszając. Gibkość tego młodziaka zachwyciła futbolowych ekspertów do tego stopnia, że niektórzy z nich pokusili się o przepowiednię wielkiej kariery i nazywanie go De Geą II. Świetne warunki fizyczne, niezwykły talent, wyćwiczone podczas treningów sztuk walk sprawność i refleks czynią go idealnym kandydatem do zastąpienia Césara, co wydaje się już nieuniknione. Moment, w którym ściągnięty z Tottenhamu na pół roku bramkarz będzie musiał zejść z najwyższego stopnia podium, zbliża się wielkimi krokami. Pozostaje więc pytanie: kto w przyszłym sezonie? Moya czy Guaita? Pokuszę się o zakreślenie opcji numer dwa.

17:04, damianmakarewicz , BBVA Liga
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 grudnia 2010
Ręką Bloga do Sukcesu.

Otóż mam zaszczyt poinformować, że zaczynam pisać nowy rozdział swojej skromnej historii blogowania. Dziś, w okolicach godziny 17:00, zawarłem porozumienie z serwisem SportSukces.pl, na mocy którego rozpoczęliśmy współpracę.

SportSukces.pl jest ambitnym projektem, mającym dostarczać w najbliższym czasie najświeższych informacji z różnych dyscyplin sportowych (jak widać na załączonym obrazku - od piłki nożnej po sporty zimowe czy tenis). Serwis będzie również miejscem publikacji ciekawych felietonów, dając przy tym użytkownikom okazję do podzielenia się własnym refleksjami.

Od dziś moje wpisy znajdziecie zarówno na rb.blox.pl, jak i na SportSukces.pl. Zapraszam!

16:48, damianmakarewicz
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 grudnia 2010
Historia pewnej znajomości

Kiedy ktoś mówi mi o wierności, jaką powinien cechować się każdy kibic, przed oczami nie stają mi miliony tzw. sezonowców, którzy swoją rzekomą miłość do klubu mogliby argumentować jedynie zachwytem nad umiejętnościami pojedynczych zawodników. Kiedy ktoś tłumaczy, że kocha, bo grają pięknie - przypuszczam, że chodzić musi o Barcelonę. Podobno jednak powód do miłości nie istnieje, zatem jedyną słuszną odpowiedzią na pytanie o przyczyny przywiązania do barw drużyny, wydaje się być zwyczajne "nie wiem" lub nieco bardziej wyrafinowane "to klub wybrał mnie". Historia zna przypadki uwielbienia ponadczasowego, nieskończonego i pełnego w każdym calu - tak, jak w życie pewnego 72-latka, tam, gdzie równoleżnik 39°29′ N i południk 0°22′ W wskazują obiekt jego adoracji.

Jeżeli bogiem wśród ogółu hiszpańskich kibiców jest Manuel Cáceres Artesero, bardziej znany jako Manolo, el del bombo, towarzyszący reprezentacji La Furia Roja niezmiennie na każdy spotkaniu od 1982 roku, to już miano najbardziej popularnego kibica Valencii CF (bo nim również jest), oddać musi z honorem w ręce starszego kolegi rodem z Walencji.

Kim jest ten człowiek, skąd się wziął i jaką rolę odegrał w długiej historii klubu z Estadio Mestalla, aby stać się bohaterem artykułu? Nie jest to bowiem zwykły kibic, jeden z tych, co przychodzą na mecz z szalikiem i puszką zimnej coca-coli, aby przez 90 minut zaznać jakiejś rozrywki. W Valencii to już persona-legenda, przyjaciel każdego zawodnika, ba, przyjaciel każdego valencianisty. Człowiek, który pokazał Hiszpanii, że to właśnie miłość, która nie szuka poklasku, znajdzie go w tysiącach złożonych rąk - Bernardo España Edo, czule zwany Españetą.

Czytając biografię tego człowieka, nie mogłem wyjść z podziwu, jak bardzo ucieleśnia on historię prawdziwego oddania, które przezwycięża wszystko. Urodził się 1 maja 1938 roku. Podobno kiedyś grywał w piłkę w nieopodal położonym Hurricane Ruzafa. Ewentualną karierę przerwała mu jednak kontuzja, której nabawił się w skutek wypadku na motorze, kiedy to znacząco uszkodził sobie ścięgno Achillesa. Miał wtedy 16 lat, marzył, aby kiedyś przywdziać trykot Nietoperzy i dzielić boiskowe zadania wraz z Epim czy Gorostizą. Wydawało się, że wszystko legło w gruzach. Españeta pokazał jednak, iż miłość stać na coś więcej, niż umartwianie się na własnym losem, być może właśnie to, że nie dane mu było wybiec jako zawodnik na murawę, sprawiło, iż dziś zna go każdy szanujący się kibic klubu z Estadio Mestalla. Bernardo zdecydował, że resztę swojego życia poświęci blanquinegros, co zaowocowało porzuceniem szkoły. Starania odniosły pewien skutek, chociaż pewnie nie był on taki, o jakim marzył młody wtedy chłopak. Przydzielono mu szlachetne zadanie podawania piłek - od czegoś wszak trzeba zacząć. Wkrótce odpowiedzialność jednak wzrosła, Españeta stał się kitmanem drugiej drużyny, CD Mestalla - człowiekiem, którego główne zadanie polegało na dbałości o trykoty Los Ches. Pół dekady później, jego marzenie w pewien sposób się spełniło - doceniany za ciągłą chęć nauki, odpowiedzialność, wierność i właściwe obejście z swoimi zadaniami - został włączony w szereg pracowników pierwszej drużyny. Tutaj był już szefem wszystkich szefów - koszulek, rzecz jasna. Lata mijały, a bohater artykułu nieuchronnie zbliżał się do wieku emerytalnego. W 2003 roku, parę miesięcy po tym, jak Españeta uzgodnił warunki pożegnania się z pracą przy Avenida Suecia, wszystko znowu nabrało barw soczystej pomarańczy. Strony porozumiały się ponownie, a 65 letni wówczas Bernardo zgodził się obniżyć znacząco swoją pensję, pozostając u boku miłości swego życia. Nie wyjeżdża już wprawdzie wraz z drużyną na mecze wyjazdowe, ale gdy tylko pojawia się na swoim plastikowym krzesełku, tuż obok ławki rezerwowych, na Mestalla, wzbudza ogromny aplauz fanów Nietoperzy.

Españeta to człowiek nietuzinkowy. Chyba jako jedyny w historii walenckiej, hiszpańskiej, a może i nawet światowej piłki, człowiek od przygotowania koszulek, jest tak popularny wśród społeczności kibiców. To już nie zwykły pracownik, to legenda, symbol, stawiany na równi, jeżeli nie ponad zawodnikami. Co jakiś czas można ujrzeć go w telewizyjnych reklamach, a rozdawanie autografów stało się już zwyczajną codziennością. O tym, jak bardzo liczyć można na Bernardo, przekonali się sami piłkarze Valencii. Jego niepowtarzalny talent do podrabiania autografów niejednokrotnie odciążał ich zmęczone po konferencjach prasowych ręce. Co więcej, Españeta nigdy nie zapomniał o tym, że potrafił grać w piłkę. Kiedy szkoleniowcem blanquinegros był legendarny Alfredo di Stefano, doradził mu, aby nie żonglował w obecności zawodowców, gdyż mógłby wprawić ich w zakłopotanie swoją wyśmienitą techniką. To, co wyróżnia go spośród innych zjawiających się, aby podjąć pracę w Valencii, to tytuły. Bernardo Españę uznaję się za członka drużyny od wielu lat, nie sądzę jednak, żeby ktoś potrafił wymienić nazwisko choćby jednego innego o podobnym życiorysie, który na swoim koncie ma 3 tytuły Mistrza Hiszpanii, 4 zwycięzcy Copa del Rey, Superpuchar Hiszpanii, Puchar UEFA czy 2 Superpuchary Europy. Widać, można obejść przeznaczenie i odnaleźć niepopularną drogę ku marzeniom.

Pod warunkiem, że zwą Was Españeta.

16:00, damianmakarewicz , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 grudnia 2010
Cudze chwalicie, swojego nie macie.

O tym, że polska piłka, niczym Titanic po zderzeniu z górą lodową, idzie konsekwentnie na dno, informować nie trzeba chyba nikogo. Dziś już nawet nikt nie obiecuje, że będzie lepiej. Nie oszukujmy się - dostatecznie dużo czasu minęło, aby proroctwa kolejnych trenerów i działaczy sportowych stały się realne, dostatecznie dużo czasu poświęcono przeczesywaniu polskiego rynku, z czego korzyści mamy znikome. Stąd też w naszym ubogim w konkretne pomysły Związku, nastała moda na naturalizację.

W 2000 roku podarowano polskiemu futbolowi Emmanuela Olisadebe. 10 lat temu mogliśmy być w faktycznym szoku - oto bowiem piłkarz rodem z Nigerii przywdziewał koszulkę z Orzełkiem na piersi. Kiedy jednak jego bramki przybliżały nas do Mundialu w Korei i Japonii, nikt nie śmiał narzekać. Odrzucając wszelkie ideologie - wtedy właśnie dostaliśmy człowieka, którego naprawdę potrzebowaliśmy.

Ostatnimi czasy związkowcy z PZPN postanowili naprzykrzać się każdemu piłkarzowi, który posiada i talent, i polskie obywatelstwo lub choćby korzenie. Na grę dla Biało-Czerwonych zdecydował się Ludovic Obraniak, odmówił jej Laurent Koscielny, z myślami, a może bardziej natrętnymi selekcjonerami naszej kadry, wciąż walczyć musi Robert Acquafesca - urodzony w Turynie napastnik Cagliari.

Nie jest osobliwą opinia, iż największą bolączkę podopiecznych Franciszka Smudy stanowi linia obrony. O ile na bramkarzy narzekać nie możemy, o tyle szczelna i nieświeża jak konserwy ze Szwecji, była już, czwórka obrońców z Bąkiem i Żewłakowem na czele, konsekwentnie uniemożliwiała rozwój reprezentacyjnej kariery młodszym, szybszym, lepszym... Wprawdzie Koscielnego namówić się nie udało, ale już na grę w naszej kadrze zdecydował się urodzony w Gliwicach Sebastian Boenisch. Wystarczyły mu dwa spotkania - z Ukrainą i Australia, aby pokazał, że lewa strona naszej linii defensywnej nie musi być nudna jak flaki z olejem. Fantastyczne warunki fizyczyne, ale i wypracowane w Schalke i Werderze technika oraz pracowitość, w połączeniu z młodym wiekiem, czynią z niego idealnego kandydata na zajęcie odpowiedniego stanowiska. Nieco ponad 2 miesiące temu Polskę obiegła kolejna informacja o potencjalnym wzmocnieniu. Na co dzień reprezentujący barwy francuskiego FC Sochaux, Damien Perquis zadecydował, iż w przyszłości chciałby zagrać w białej koszulce. Zatem możemy założyć, że lewą stronę i jednego stopera mamy z głowy na parę lat.

Dziś zadrżał z kolei cały Poznań. Władze Lecha podobno podjęły decyzję - przedłużą kontrakt z Manuelem Arboledą na kolejne 3 lata. Co to oznacza dla fascynatów futbolu w skali całego kraju? Rzekomo tym, co nie pozwalało Kolumbijczykowi podjąć decyzji o zgodzie na grę w polskiej kadrze, była jego niepewna przyszłość w klubie. Obdarzony potworną siłą, skocznością i pewnością własnych umiejętności Arboleda, niejednokrotnie deklarował, iż chciałby umowę przedłużyć, najważniejsze persony w Lechu jednak nie spieszyły się nadto. W pierwszych dniach przyszłego tygodnia wszystko ma już być jasne. Ta inwestycja kosztować będzie klub z Bułgarskiej 1,5mln euro.

Nigdy nie byłem zwolennikiem naturalizacji, wściekałem się widząc reprezentację Niemiec pełną Turków, Polaków, Bośniaków czy Brazylijczyków. Dziś jednak piszę z całym przekonaniem - jeżeli te 1,5mln euro wystarczą, aby, dziurawa jak szwajcarski ser linia polskiej obrony, została uzdrowiona - pokryjcie to z pieniędzy rządowych, albo zróbcie napad na bank, bo defensor taki jak Arboleda to w naszych realiach istny skarb.

18:10, damianmakarewicz , Biało-czerwoni
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
miancio

Link: rb.blox.pl